Ile czasu musi minąć? Pisarz i wojna.

pisarz_i_wojna

– To jeszcze w nas siedzi – powiedział, zaciągając się papierosem. Mówił z lekkim zadziwieniem, choć w zasadzie znał to od podszewki. Znał to poczucie, takie podszyte lękiem i zdumieniem z jednej strony, ale z drugiej podziwem i nutką patriotyzmu, tego serdecznego.

Bo z patriotyzmem, wiecie, trzeba bardzo ostrożnie o nim wspominać. Bo pseudokibic też twierdzi, że jest patriotą. I ten, co wiesza na drzwiach sklepu kartkę, że nie obsłuży klienta nie tej czy tamtej narodowości. Takie kartki niektórzy pamiętają, inni znają ze słyszenia. Niewdzięczny temat, nie ma co. Ale, ja akurat mówię o tych, które się pojawiły pewnego razu w XXI wieku, czyli tak naprawdę „wczoraj”.

– Siedzi – odpowiadam. I nic więcej nie tłumaczę, bo nie wiem jak. Szukam właściwych słów, ale ich nie znajduję. O czym tu mówić w zasadzie: o wstydzie, o strachu, o rozczarowaniu. Za jaki naród? Ten i tamten. Ten, co stoi po jednej stronie, tamten, co po drugiej.

– Ile jeszcze musi minąć czasu? – Zastanawia się.
Wciąż pali.
– Mam nadzieję, że moja córka już nie będzie trawić wojny – oznajmiam, pełna nadziei.

Przypominam sobie o tej rozmowie zawsze wtedy, kiedy próbuje napisać tekst, w którym nie będzie tego słowa. Wystarczy, że w mediach jest, że dzieje się tam wszędzie, gdzie nie chcemy być. Nie chcemy wiedzieć. I zaczynam pisać. I wracam do lat niechcianych, budując odpowiednie postaci, każąc im żyć w niełatwych czasach. Dlaczego?

Przypominam sobie o tej rozmowie zawsze wtedy, kiedy kupuję książki, wcale nie szukając w nich tego słowa. A potem czytam, zaczytuję się i znów trawię, mielę, przeżuwam, zachłystuję się. Ale nie wypluwam. Połykam.

Szukam „Słowika”, szukam „Światła między oceanami”, piszę „Białe noce”. Czytam, piszę, a potem chcę zapomnieć. A może właśnie po to się pisze i czyta, by było o czym zapominać? A potem siedzę i piję zieloną herbatę u pięknej Basi, która bawiła się jako pięciolatka na podwórku. Żoliborz oficerski był pokryty zielenią. I kurzem. Ale najpierw to zieleni było więcej, to potem już ziemia, gruz…

Basia była mała, bawiła się lalkami. Dużo ich miała. Patrzyła przed siebie i na nią patrzyły. Działa patrzyły na nią, wycelowane z Cytadeli. Takie dzieciństwo miała Basia. A teraz mi o tym opowiada, a ja chłonę, zagryzając kruchym ciastkiem. Basia wie, jakie ciastka lubię i ile trzeba parzyć dla mnie zieloną herbatę. A ja wiem, czego Basia nie lubi, jakich opowieści z dzieciństwa nie chce i chce pamiętać jednocześnie. Nie wypluwam, słucham, połykam. Trawię.

– Jeszcze trochę, jeszcze trochę – mówię, a on słucha i pali.

fot. Daniel Monteiro, www.unsplush.com

Komentarze zostały zablokowane.