Jak nie pisać do wydawcy?

mail_do_wydawcy

Każdy odbiera i interpretuje po swojemu to, co zostało przekazane na piśmie, czyli np w mailu. W wiadomości tekstowej, która jest kierowana do wydawcy, by zachęcić go do zapoznania się z propozycją wydawniczą. Chodzą różne legendy, związane z takimi mailami. A to, że wydawcy są tak zawaleni robotą, że je kasują, albo, że ich nie otwierają. Popatrzmy na sprawę z innej perspektywy.

Wypowiem się w swoim imieniu, choć z różnymi wydawcami rozmawiam i wiem jaki mają system pracy. Jedno jest pewne, im bardziej neutralny i rzeczowy mail, tym lepiej. Nie mówię w tej chwili o załącznikach, na których wydawca ma się skupić. Chodzi mi o temat maila, jego treść i… ton. Wśród autorów, którzy piszą do wydawcy po raz pierwszy rozróżniam kilka typów:

Milczek – długo się zastanawiałam jak reagować na maile, w których nie ma ani tematu maila, ani żadnej treści. Zwrotów grzecznościowych, powitania, kilku słów wyjaśnienia z czym piszemy, ani nawet podpisu. Jest za to załącznik. Ja oczywiście wiem, że jest to prawdopodobnie propozycja wydawnicza, ale miło by było, gdyby taki potencjalny autor „przemówił”, albo chociaż się podpisał, zwłaszcza gdy z adresu mailowego można wywnioskować jedynie, że pisze do nas „poziomka84”. Nie bądźcie milczkami.

Co to nie ja – tu mamy do czynienia zazwyczaj z mailami o średniej długości i niech was nie zmyli kategoria – ci autorzy wcale się nie chwalą swoimi sukcesami (oczywiście, chwalić się powinni), ci autorzy są roszczeniowi, czym wykazują brak szacunku niestety nie do wydawcy ale do samych siebie. Treść takiego maila brzmi mniej więcej tak: „Macie czytajcie, a jak się nie spodoba, to usuńcie, pod rygorem wszelkich możliwych kar, bo inni wydawcy chcą mój tekst wydać, ale daję wam jeszcze szansę. Pilnie proszę przysłać potwierdzenie otrzymania i podać termin zapoznania się z dziełem. Natychmiast.”

O la Boga – ten typ autorów jest niezwykły. Tak bardzo przejawia się nasza cecha narodowościowa, że aż krzyczeć się chce w odpowiedzi. Jeśli wysyłasz do wydawcy tekst, a w treści maila użalasz się nad sobą, to pokazujesz mi, że sam w siebie nie wierzysz, nie wierzysz w swój tekst, wprost piszesz mi, że to co wysyłasz jest, cytuję: „niedokończone, takie sobie, nie wiem, czy w takiej postaci mogę wysyłać, może się do czegoś nada, nie zasługuje na czytanie, ale może…” to nie chce mi się tego załącznika w ogóle otwierać. I tak otwieram, bo wiem, że wiele osób potrzebuje wskazówek i chętnie tymi wskazówkami się dzielę. Jednak o wiele lepiej jeśli napiszesz mi, że prosisz o radę i przeczytanie tekstu. Koniec, kropka. Pomyślcie, jeśli już na wstępie mam do czynienia z kimś kto się użala i często obwinia wszystkich dookoła nie wiadomo tak naprawdę o co (jestem z małej wsi, nie mam znajomości, nie mam nazwiska, nie mam pieniędzy…), to jak będzie wyglądała nasza późniejsza współpraca? Już się boję na samą myśl!

Bez sensu – tu mamy do czynienia z kimś, kto jest pewny siebie, pewny swojej twórczości i wszystko by było świetnie, gdyby nie mail o treści: „Przesyłam swoje dzieło. Będę wdzięczny/a za zapoznanie się, choć ja wiem, że to bez sensu, bo macie milion podobnych maili i z pewnością tego nie przeczytacie”. Pozostawię bez komentarza.

A czego oczekuje wydawca? Prostoty!

Konkretny – najważniejszy, najprzyjemniejszy, aż się chce od razu otworzyć załącznik i oddać się czytaniu. W temacie maila hasło „propozycja wydawnicza”, a w treści krótko i rzeczowo z czym się zwracamy i podpis. Jeśli mamy się czym pochwalić, napiszmy krótką notke biograficzną, będzie super!

Komentarze zostały zablokowane.