Napisałem książkę i..?

Napisałem to! Mam jeszcze coś robić, a nie daj cię jasny panie płacić? Tu powinno być tysiąc znaków zapytania i pięćset wykrzykników, określających wzburzenie, które kryje frustrację i nic więcej. Pod spodem jest strach, ogromny, orgomniasty, ale o strachu później. To nie na dziś. Teraz skupiamy się na wzburzeniu: jak to tak?! To oczywiście reakcja na propozycję wydania książki w modelu innym niż „tradycyjny”. Czym jest model tradycyjny wiedzieliśmy lata temu, teraz pokutuje mit, choć dawno definicja tego zjawiska uległa modyfikacjom. O modelu tradycyjnym też będzie, nie dziś. Napisałem książkę, wysłałem do stu wydawnictw i co? I mam płacić za jej wydanie? Co za chory pomysł! Tak, chory. Bo przecież: sam nie umiem, to dużo kosztuje, a jeśli pomoże mi wydawnictwo, to na bank zarobi na mnie krocie, oszuka mnie, a ja tylko stracę. Ok, masz rację.

A teraz inna sytuacja: Napisałem książkę, wysłałem ją do stu wydawnictw i co? Mam płacić za jej wydanie? Hm, cóż za śmiały i logiczny pomysł! Ale: nie umiem, nie wiem, czy mnie stać, nie chcę wydawać na to kasy, a może chcę, tylko nie wiem, z czym to się je, dużo słyszałem o wydawnictwach, które tylko biorą kasę i nic nie robią, uważam, że model tradycyjny jest dla mnie dobry, choć żadne wydawnictwo mnie nie wydało w ten sposób, więc skąd bym miał to wiedzieć, co mam zrobić? Odpowiedź jest prosta: dowiedzieć się, pozbyć się ograniczających przekonań i wiary w horror, siejący się w internecie na temat samodzielnego wydawania książek i stać się odpowiedzialnym za własną książkę. Jak? Możesz zapytać mnie. Chętnie pomogę. Zresztą dla chcącego nic trudnego. Naprawdę wystarczy chcieć. Zwłaszcza w tej branży. Jest idealna do rozwoju i pokonania ciekawej drogi.

Serio, niepotrzebne są ani znajomości, ani wielkie pieniądze. Zresztą… czy wiesz, że znajomości się skądś biorą! W 1999 roku miałam dwadzieścia lat, mało wiedziałam o samej sobie i tęskniłam za swoim krajem. Mieszkałam w Polsce wtedy od siedmiu lat i interesowałam się wszystkim, co rosyjskie. Wyszedł wtedy nowy film rosyjskiej produkcji „Córka Kapitana”, w którym wśród moich ulubionych rosyjskich gwiazd zobaczyłam polskiego aktora. A potem, lata później w moje ręce zaczęły wpadać wywiady i artykuły o nim właśnie. W jego wypowiedziach powtarzał się wątek miłości do Rosji. Aha, pomyślałam sobie, to pewnie poza! No bo żeby Polak i to jeszcze z pierwszych stron gazet tak pozytywnie się wypowiadał o Rosji? Bzdura! Zobaczcie, co we mnie pracowało: blokujące przekonania, negacja tego, co piękne i tego, co tak naprawdę jest po mojej myśli, tego, co daje mi radość. Żeby nie poddawać się tym przekonaniom stwierdziłam, że poznam tego człowieka i wprost go zapytam, jak i co, poza tym będę wiedziała, jeśli ściemnia. Rosjanka nie „kupi” lipnej miłości do swojego kraju! Zaczęłam pytać znajomych i znajomych znajomych, czy znają tego aktora. Nic, nikt, nie.

I tu pojawia się kolejna nauka dla wszystkich: Wszechświat nas wspiera, a wszystko, co robisz w życiu, jest po coś. Dostałam maila z Gazety Petersburskiej, dla której jako wolontariuszka pisałam raz na jakiś czas artykuły. A w mailu pytanie: czy nie zechciałaby Pani przeprowadzić wywiadu z polskim aktorem, mamy już wszystko nagrane, trzeba tylko przyjść i zadać mu pytania… I tu pada imię i nazwisko aktora. Tak, tego właśnie 🙂 Tak poznałam mojego przyjaciela Mateusza Damięckiego. Nasz wywiad przedrukowywano w prasie chyba z milion razy, a nasza relacja przyjacielko-zawodowa trwa i ma się całkiem nieźle. No dobra, ale to, co… głupio tak nawet, jak poznasz kogoś z „TYCH” osób to tak mu prosto z mostu powiedzieć, hej stary no ogólnie rzecz biorąc napisałem coś, weź, jakoś pomóż? Jeśli wiesz jak może ci pomóc, to tak. Droga prosta: wystarczy przekonać taką osobę do projektu. A żeby to zrobić, TY SAM MUSISZ W NIEGO WIERZYĆ! A jeśli nie jesteś gotów ZROBIĆ WSZYSTKIEGO I ZAINWESTOWAĆ w swój projekt, to czy jesteś gotów? Nie, nie musisz mieć pieniędzy lub nie wiadomo jak dużo pieniędzy! O tym będzie później, a na razie obrazek z planu zdjęciowego mojego filmu, do którego przekonałam nie tylko Mateusza Damięckiego 🙂

Film wyprodukowałam sama – sama to znaczy bez zaplecza wielkiej firmy produkcyjnej, ale ze sztabem wielu genialnych osób, które we mnie uwierzyły. A wiecie dlaczego? Bo ja wierzyłam w ten projekt od samego początku i byłam gotowa zrobić naprawdę wiele (budżet na film wyniósł 0 zł). Kocham to, co robię i troszczę się o to, a ty?

Pozostaję z wami, Marika Krajniewska

Komentarze zostały zablokowane.