Długo i szczęśliwie? Esej o literaturze

Jakiś czas temu pomyślałam, że nie lubię stycznia, lutego i marca. Nie całego marca, tylko te jego dni, które wcale nie zapowiadają wiosny, lecz wciąż organizują imprezy pożegnalne zimie. Nie mam nic do zimy – wiem, brzmi to dość dziwnie po wcześniejszym wyznaniu. Naprawdę ją lubię, odkąd nauczyłam się, że chodzenie bez czapki wcale nie dodaje mi uroku. Nie tylko nie dodaje uroku, ale odejmuje sprawczości. Jak to?

To wszystko o czym teraz piszę ma związek z literaturą. A ten wstęp za moment doprowadzi do tego, co tworzę i po jaką cholerę. Cierpliwości. Wróćmy do sprawczości i czapki noszonej bądź też nie, gdy mróz szczypie w nosy i odmraża uszy. Moja nastoletnia niechęć do nakryć głowy wcale nie wynikała z szorstkości bądź gryzienia wełnianych zimowych ubrań, ale – mo oczywiście – z tego, że moim zdaniem niekorzystnie w nich wyglądam. To sformułowanie “moim zdaniem” jest i prawdziwe i nieprawdziwe jednocześnie. Kot Shrodingera wie, co mam na myśli. Prawdziwe, bo faktycznie ja tak o sobie w tej czapce myślałam, nieprawdziwe, bo to myślenie było pokłosiem nie moich norm. Bo normą przecież było, że trzeba się podobać. Bo inaczej kaput. No dobrze, ale gdzie tu literatura? Już tłumaczę.

Te normy przyszły do mnie wiadomo z patriarchalnego urządzenia świata, ble ble ble, wszyscy wszystko rozumiemy. Ale, do niedawna, choć rozumiałam jak na mnie wpłynęły pewne narracje w dzieciństwie, nie byłam świadoma, że pomimo tego, że one po prostu były i już mnie nie dotyczą, bo wyzwoliłam się spod ich jarzma, nadal bywają pierwszym wyborem moich mikro myśli, mikro decyzji. Powtarza się nam od dziecka, że w bajkach dobro wygrywa ze złem, a potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Cóż, właściwie to wierzymy na słowo bez mrugnięcia okiem. Kto nas tego nauczył? Jest zapewne tak, bo ze swej natury jesteśmy nastawieni na dobro. I gdy słyszymy “i żyli długo i szczęśliwie” ruszamy w świat z pragnieniem, że tak właśnie będzie z nami. I to jest super.

Tu jest moment na wkroczenie malutkiego, acz istotnego “ale”. To, że uwierzyliśmy, że bohaterowie baśni, dokonując swoich wyborów, żyli długo i szczęśliwie, przenoszą na nas swoje decyzje. A raczej my je na siebie przymierzamy i zapominamy spojrzeć w lustro. To ich wybory i ich decyzje. Nie muszą pasować mnie. Tak, jak mnie nie pasowały wybory Kopciuszka i wielu innych kobiecych bohaterek, które zakorzeniły się we mnie w obrazku: czekam, a on mnie znajdzie i wybawi. W ten sposób zostałam pozbawiona sprawczości w wielu obszarach, nie tylko relacyjnych. Na wielu! Bo? Bo bałam się wyjść z inicjatywą, bo się nie wychylałam, bo wierzyłam, że moje słowa nie mają znaczenia, bo są beznadziejnie głupie, infantylne, nikogo nie będą obchodzić. Bo mnie wyśmieją. Zrozumienie przyszło i mnie wyzwoliło. Byłam już dorosłą kobietą, matką, pracownicą, właścicielką biznesu. Dopiero wtedy zrozumiałam, że sprawczość nie przychodzi z wielkimi deklaracjami ani z dramatycznymi zwrotami akcji. Przychodzi cicho. Z decyzji tak drobnych jak założenie czapki wtedy, gdy jest zimno, choć nie jest to zgodne z żadnym wyobrażeniem o tym, jak powinnam wyglądać. Z mikrogestów, które mówią: wybieram siebie, nawet jeśli nikt nie klaszcze.

I że literatura zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu. Nie w morałach czy obietnicy szczęśliwego zakończenia, ale w momencie, w którym bohater przestaje żyć cudzym scenariuszem. Gdy przestaje czekać, aż ktoś go zauważy, wybierze, ocali. Gdy zaczyna sprawdzać, co jest jego, a co zostało mu tylko podane jako jedyna możliwa wersja świata.

Dlatego dziś interesują mnie właśnie te historie, które nie obiecują, że wszystko będzie dobrze, tylko że będzie prawdziwie. Historie, w których bohater odzyskuje sprawczość nie przez wielkie zwycięstwa, ale przez zgodę na własne decyzje, także te nieefektowne, nieheroiczne, niezgrabne.

Być może po to piszę. Żeby zdejmować z opowieści cudze czapki i sprawdzać, co naprawdę chroni przed mrozem. I żeby już nie mylić piękna z przetrwaniem.